Dariusz Stolarczyk

KUP KSIĄŻKĘ LUB EBOOK

Caryca z różyca

Bazar Różyckiego to nie tylko miłe wspomnienia wspaniałych pyz ze skwarkami i flaczków po warszawsku. Targowisko ma również mroczną stronę…
„Caryca z Różyca” to klasyczny kryminał z bazarem w tle. Warszawska Praga, druga połowa lat 70. W roli głównej dziesiątki kilogramów złota i drogich kamieni oraz ludzie, którzy oddadzą duszę dla zysku. Bezwzględny świat, o którym nie miałeś pojęcia wchodząc na Różyca.
Przez cztery lata autor kręcił się po bazarze, zbierając materiały do pracy magisterskiej „Przestępczość Bazaru Różyckiego”. Poznał ludzi z półświatka, ich metody działania, hierarchię wartości. Te elementy wplótł do powieści, zatem nie jest ona do końca fikcją literacką.
Miłośnicy kryminałów będą zachwyceni tempem akcji, różnorodnością postaci, zaskakującymi wydarzeniami.
Nie przegapcie Carycy. Dla zwiększenia Waszej ciekawości zapytam: czy Caryca na pewno jest kobietą?
 
 
Liczba stron: 308
Oprawa: miękka
 
645415800_1586962875752181_634539421814919616_n

Nagle Felek dostrzegł w bazarowej alejce kobietę, która sprzedała mu trefną papugę.

– Witam królową. Co tym razem sprowadza panią na bazar? – zapytał wesoło.
Kobieta przestraszyła się wyraźnie.
– A, to pan – wyjąkała. – Mam chińską maść na wszelkie bóle. Jak pana boli noga, pomoże, jak głowa, pomoże, jak plecy, też pomoże – powiedziała i wyjęła słoiczek po dżemie wypełniony mazidłem.
– Pani szanowna, toż to szmalec – ocenił rudy handlarz zegarkami.
– Jaki szmalec, sam pan jesteś szmalec. To gwarantowana maść prosto z Chin. Pan powącha… szmalec? – broniła się kobieta.
– Ta pani to uczciwa handlarka, sprzedała mi gadającą papugę – wtrącił się Felek. – Zna już dziesięć słów, a to dopiero początek – dodał zaczepnie.
Kobieta spojrzała na niego zdziwiona.
– Dziesięć słów?
– Tak, i to trudnych. Trzeba tylko dać jej ziarna surowego pęczaku. Uwielbia go – Felek zmyślał jak najęty.
– Surowego pęczaku – powtórzyła kobieta, nie przeczuwając podstępu. – A co mówi?
– Mówi: dzień dobry, do widzenia, witam pana, smacznego i… nie lubię starych oszustek.
Zebrani wokół ryknęli śmiechem.

Huba stał na podwórku oparty o żuka, gdy z piwnicy wyskoczył Felek. Miał szeroko otwarte oczy i suche wargi.
– Szefie, skrytka jest pusta! – wydukał.
– Co?! – zagrzmiał Huba i pędem wskoczył do piwnicy.
Niedługo potem wybiegł czerwony na twarzy.
– To stara rura! To stara rura! – pobiegł prosto do domku, wyrywając po drodze sztachetę z płotu.
Felek zatrzymał się przed drzwiami, wolał tam nie wchodzić. Po chwili usłyszał obelgi Huby i głuche uderzenia. Trwało to dobrą minutę. Potem Felek ujrzał rozjuszonego szefa w progu.
– Szukamy! Trzeba przeszukać każdy kąt tej dziury! – krzyknął i rzucił sztachetę do ogrodu. Felek zdążył zauważyć, że nie była zakrwawiona. Ulżyło mu.
Mimo godzinnych poszukiwań, niczego nie znaleźli.
– Może zakopała? Mogę pojechać do warsztatu po wykrywacz zaproponował Felek.
– Zapomnij, ona nie ma sił trzymać pogrzebacza w ręku, a co dopiero łopaty. Jezu, taki majątek, taki majątek – Huba usiadł na kamieniu i rozpaczał.”

Nagle usłyszał trzask złamanej gałązki. Zerwał się na równe nogi i nasłuchiwał. Niczego więcej nie usłyszał. – Pewnie to zwierzę – uspokoił się na chwilę, lecz moment później sytuacja się powtórzyła. Wyjął nóż i wyłączył latarkę. Było kompletnie ciemno, wokół siebie nie widział nawet pnia drzewa. Bał się poruszyć, kucnął. Wydawało mu się, że w tej pozycji jest bezpieczniejszy. Wzrok przyzwyczaił się nieco do kompletnych ciemności. Heniek dostrzegł kilka pni i majaczącą nieco dalej ścianę krzaków. – Czyżby przyrzeczne? – zapytał sam siebie. – Nad Wisłą ciągną się kilometrami. Dotarłem? – szeroko otworzył oczy. Serce zaczęło bić mu szybciej. I w tym momencie poczuł jak niewidzialna siatka oplata jego ciało. Zaczął się rzucać we wszystkie strony, ale sieć oplatała go coraz ciaśniej. Jednocześnie znalazł się w świetle około dziesięciu potężnych latarek.
– Nie ruszaj się! Ręce nad głowę! – usłyszał głośne polecenia.

Chwilę po wyjściu żony natknął się przy oknie do pokoju na inaczej zespolone klepki. Nie dawały się zerwać pojedynczo, wyglądało na to, że musi podważyć przynajmniej dziesięć przyklejonych do siebie drewienek. Chwilę później zdjął klepki i zobaczył metalowe wieko z rączką.
– Co to jest? – zrobił wielkie oczy.
Szarpnął raz i drugi za rączkę. Pokrywa nie odpuściła, ale drgnęła. Kolejne szarpnięcia przyniosły efekt. Oczom mężczyzny ukazał się bajkowy widok, który widujemy w co drugim filmie sensacyjnym. W skrytce leżały równo ułożone cztery sprasowane stosy studolarowych banknotów. Nie mógł zebrać myśli, wydawało mu się, że marzy albo śni. Wyjął pieniądze i rozłożył na podłodze. Ale to nie koniec.

Przewijanie do góry