KUP KSIĄŻKĘ LUB EBOOK
Klątwa złotego klauna
Po „Skarbie Odessy” tym razem kolej na „Klątwę złotego Klauna”. Cofniemy się w niej do lat 80, do ówczesnej Warszawy. Przeniesiemy do mrocznego środowiska Służby Bezpieczeństwa, której funkcjonariusze uczestniczą w wielkim przekręcie zorganizowanym przez kilku ministrów. Chodzi o niewyobrażalną wprost górę pieniędzy, które można zarobić przy okazji organizowanych w Polsce mistrzostw świata. Ma w tym pomóc profesor znający bezcenny i niepowtarzalny kod. Poznacie całą armie tajnych współpracowników, kanalii i sprzedawczyków. Bedziecie zaskoczeni tym, co mogło sie dziać za waszymi plecami w latach 80., gdy Wy lub wasi rodzice zarabiali 25 dolarów miesięcznie.
Nie przegapcie tej książki. Zapraszam do zaskakującego świata złotego klauna.
Liczba stron: 318
Oprawa: miękka
„
W sali nie było dużo gości. Przy czterech stolikach siedziało dziesięć osób. Towarzystwo stateczne i spokojne. Z dwóch głośników sączyła się cicha melodia. Chyba Koterbska, a może Santor?
– Psss…, psss… – usłyszał Jogi i powoli skierował wzrok w mrok korytarza. Mimo upływu dziesięciu lat, od razu rozpoznał kapitana. Wstał powoli. Białą ściereczką strzepał niewidzialny kurz z krzesła i marynarskim krokiem podszedł do Leszczyńskiego.
– Niezła niespodzianka, prawda? – zaczął kapitan.
– To zależy, z czym pan szanowny przychodzi. Jak dobre wieści, to niespodzianka, jak złe, to insza sprawa – Jogi nie wyzbył się specyficznego sposobu formułowania myśli, który wyssał chyba z mlekiem matki.
– Musisz pomóc mi po starej znajomości – powiedział oficer i stanął tak, aby mieć widok na salę, a jednocześnie pozostać w mroku korytarza.
– Pomóc to ja mogę, ale zależy w czym.
– Spójrz na tych dwóch facetów przy stoliku pod filarem.
– No, spojrzałem. I co?
– Znasz ich? To stali bywalcy?
– Pierwszy raz ich widzę na oczy swoje.
– Jogi, nie pitol. My trochę wiemy.
Kelner przełożył białą ściereczkę z jednego przedramienia na drugie. Spojrzał w dal i wycedził: – Z całym szacunkiem, panie kapitanie, ale my już razem nie pracujemy. Nie chcę narobić sobie u pana krzywości, lecz z bolącym sercem muszę odmówić tej konglomeracji. Leszczyński uśmiechnął się pod wąsem.
– Konglomeracji, mówisz. Nicpoń jesteś. Chcesz kasy, tak?
Wysłuchaj fragmentów
Czyta autor
„
Kapitan starał się nie okazywać zdumienia, ale czuł, że nie bardzo mu to wychodzi. Szczególnie, że przed nim siedział wybitny psycholog. Już wiedział, że popełnił wielki błąd, zapominając o specyfice profesji Jelonka. Przecież ten człowiek mógł czytać z niego jak z książki. Zresztą ten błąd dotyczył nie tylko jego. Cała grupa operacyjna po prostu nie wzięła pod uwagę tego zagrożenia. Nikomu nie zapaliło się ostrzegawcze światełko. Zanurzeni w świecie tajnych współpracowników, marnych polityków i drobnych cwaniaczków jakby zapomnieli o tym, że istnieją ludzie z innej półki, dla których rutynowe działania służb są przejrzyste i pozbawione polotu.
Kapitan milczał.
– Widzę, że trafiłem w punkt – stwierdził beznamiętnie profesor. – No to idźmy dalej. Będą i marchewki. Pewnie sfinansujecie dokończenie budowy, porozpieszczacie mnie finansowo, może pokieruję Instytutem… Tylko, panie oficerze, ja już to wszystko przerabiałem… Rozumie pan?
Ściszył głos do szeptu. – Widzę te same spojrzenia, gesty, nawet zapachy są te same. Widocznie człowiek wydziela jakąś woń, gdy chce osaczyć drugiego człowieka, bo ja ją czuję. Nosem. Jak pies. To zapach sfermentowanych jabłek zmieszanych ze świeżo skoszoną trawą. Nawet przyjemny, choć na dłuższą metę mdły i nie do zniesienia.
Znowu zapadła cisza.
Leszczyński poczuł się senny. Chwilę później… stuknął czołem o stół. Profesor wstał, zapiął kurtkę i wyszedł. Zarządzona przez kapitana cisza w eterze sprawiła, że miał akurat tyle czasu, by spokojnie dojść do samochodu, odpalić i odjechać.











